Top
  >  Lublana   >  Lublana da się lubić

Lublana to jedna z tych stolic, w których się odpoczywa a nie zasuwa z wywieszonym jęzorem. Rozmiarami i kameralną atmosferą przypominała mi Dublin. Wszędzie blisko! Tu opera, dwa kroki dalej galeria narodowa, a zaraz obok parlament. Miasto to można bez pośpiechu obejść w jeden dzień. Biorąc pod uwagę moje zakwasy, które pojawiły się po nadmorskim trekkingu, bardzo się ucieszyłam;) Rozpoczęliśmy od kawy nad rzeką Ljubljanicą w piekarni zakupiliśmy śniadanko, które skonsumowaliśmy na ławce. Słońce przypiekało, upał robił się niemiłosierny.

Zdjęcia z wiadomych powodów z telefonu – wybaczcie jakość!
 Poddasze Hostelu Sax z 10-osobowym dormitorium musiało być kiedyś stodołą;)
 Śniadanko na słono, czyli burek z serem
 Dosłownie kilka kroków od hostelu i już zbliżamy się do centrum
 Bulwarami docieramy do serca Lublany
 Fasada budynku biblioteki
 Na Placu Kongresowym miejscowi delektują się lekturą na leżakach:)
 Wilgotność powietrza sprawiła, że część zdjęć wydaje się nie wyraźna
 To dokąd teraz?
 Budynek parlamentu z oryginalnym portalem z czasów socjalizmu
 Niewielka opera – akurat grali Romeo i Julię oraz Madame Butterfly;) Zawsze zaglądam w repertuar, ale zwykle na tym się kończy. Następnym razem musimy to zmienić!
 Łapiemy cień w Parku Tivoli – upał nie do opisania
 Pyszne, rzemieślnicze piwko z widokiem w kawiarence 70-metrowego drapacza chmur – nie ma się co śmiać – w latach 30 XX wieku był najwyższym budynkiem Europy Środkowej!
 Akurat musiało się zachmurzyć;) Całe szczęście burza przeszła bokiem
Lublana w całej swej okazałości 🙂
Czas na obiad!
Degustacja miejscowych potraw – na początek goveja juha z rezanci, czyli coś na kształt rosołku wołowego z makaronem
 Kociołek z bograczem – gulaszem mięsnym z ziemniakami i papryką – wyraźne wpływy węgierskie
 Ja z kolei zamówiłam idrijski zlikrofi z divacijinskim golazem – mini pierożki nadzieniem przypominające nasze ruskie – w gulaszu z mięciutkim mięskiem – pycha!
Ech żeby takie ceny kawy przywędrowały do Polski, choć zaczyna być w tym temacie lepiej
 Przerwa na ulicy Metelkovej – po obiedzie dopadły nas objawy cygańskiej choroby, więc nie obyło się bez kawy – inaczej byśmy posnęli na tych leżakach;)
 Ostatnio, z uwagi na zbliżający się wernisaż mojej mamy, mam obsesję na punkcie rowerów pozostawionych w bardziej lub mniej urokliwych zakątkach;)
 Symbol Lublany
 Gdzie nie pojedziesz, tam zakochani;)
 Turystyczne knajpki tuż nad rzeką
 Cała starówka Lublany jest naprawdę świetnie zachowana
 Spominki znaczy pamiątki;)
 Osiłkowie
Otwarta kuchnia;) przypadkowo trafiliśmy na festyn
 Ulicą Studencką ruszamy zdobyć wzgórze
Relaks u wrót do twierdzy (z racji tego, że zamek został w dużej mierze odbudowany i dziś stanowi raczej wierną kopię tego, co było niegdyś, nie skusiliśmy się na zwiedzanie wewnątrz, naoglądaliśmy się już pięknych zamków w Rumunii, może innym razem).
Wino, czereśnie i te sprawy;)
 Włóczymy się uliczką Trubarjeva
Taki Dzień Dziecka to ja rozumiem!;)
 Tłumy zarówno na Placu Preserena (to ten słoweński wieszcz od hymnu o winie:)) jak i na słynnym Potrójnym Moście
 Popołudniowe światło nad Ljubljanicą
 Uliczki pełne niespodzianek
Most Szewski, który później przez moment stanowił także targowisko rzeźników, musieli go jednak opuścić z uwagi na ryzyko epidemii (resztki w wodzie, szczury…)
Jeszcze tylko ostatnia kawka…
I czas ruszać dalej! Żegnaj Lublano!

Miasto to na dobrą sprawę można zejść wzdłuż i wszerz w 2 godziny. Wtedy jednak nie zdążycie wczuć się w jego rytm. Z jednej strony ta niewielka stolica to wulkan młodej energii, z drugiej, pozwala zwolnić, zaczerpnąć tchu, przysiąść i popatrzeć – bo i tak się z wszystkim wyrobicie 🙂

Po satysfakcjonującym dniu w stolicy, idziemy z plecakami na dworzec spotkać się z Asią i Owenem, by wspólnie udać się do Skofja Loki – czyżby po 3 dniach w drodze udało nam się wreszcie dotrzeć do celu?;) Ciąg dalszy nastąpi…

 
Spodobał Ci się ten post? Polub nas na Facebooku i bądź na bieżąco!:) Niebawem ciąg dalszy!

post a comment