Top
  >  Słowenia   >  Alpejska sielanka – kierunek Bohinj i Bled
Wydawałoby się, że już lepiej być nie może. W niedziele okazało, że i owszem, może (czyżby rekompensata za pełen dramatów początek?). Los znów zaczął nam sprzyjać. I choć jeziora Bohinj i Bled były planowane od początku, tak pełnego wrażeń dnia chyba żadne z nas się nie spodziewało. Największą zasługę miał tu bez wątpienia Słoweniec Matjaž – koordynator wolontariuszy, który i nas wziął nas pod swoje skrzydła. To on obmyślił cały plan wycieczki, tak by widokowo westchnienia nas nie opuszczały ale również by i kubki smakowe miały z tego przyjemność. W efekcie wszystkie nasze zmysły zostały pobudzone!
Nie mogę nie wspomnieć, że kiedy opowiedziałam wolontariuszom o projekcie „Śladami Dziadków”, z miejsca wszyscy się zaangażowali a Matjaz fakt ten uwzględnił w swej koncepcji. Od razu wiedział, dokąd powinniśmy się udać, tak by misja zakończyła się kolejnym sukcesem. A uwierzcie, że o ile z zabytkami stworzonymi przez człowieka nie ma większych problemów, tak z atrakcjami naturalnymi sprawa znacznie się komplikuje. I ustaw się człowieku na tej samej ścieżce, przy tym samym krzaczku, tuż przy przed tym drzewem, które 46 lat temu było jakieś inne, mniejsze… i co z tego, że Zamek Bledzki w tle widnieje, jak nie możesz zlokalizować schodków, na których babcia siedziała… A potem w pośpiechu (żeby wszyscy na ciebie nie czekali), siadasz trochę na odwrót niż w pierwowzorze. No trudno, efekt na szczęście nie najgorszy.
Pętla, jaką zrobiliśmy tego dnia – ok 139 km (9 osób, 2 samochody)
A jak się ona ma względem całej Słowenii i okolic;)
Ruszamy! Specjalnie pod nas wolontariusze wybrali tą bardziej widokową trasę, przez co niektórzy odczuli skutki choroby lokomocyjnej;) Doceniamy!
Pierwszy przystanek w drodze do Bohinj
Te alpejskie łąki…
Cmentarzyk przy malutkim kościółku
No zakochałam się!
Chwila relaksu w alpejskiej chacie usytuowanej niedaleko drogi, tuż przy samym wyciągu narciarskim – chłopaki wylegują się w słońcu, reszta grupy pije kawę i zajada miejscowe strudle;)
Jota – słoweńska zupa przypominająca nasz kapuśniak tylko urozmaicona o boczek i fasolę,od razu widać, kto znowu zjadł najwięcej;) aż żal nie spróbować!
Litostrojska koča to cudowna miejscówka, pewnie sami w życiu byśmy tam nie trafili.
Jedziemy dalej, aż w końcu na horyzoncie naszym oczom ukazuje się pokryty śniegiem Triglav (2864 m n.p.m) to najwyższy szczyt Alp Julijskich a zarazem samej Słowenii. Należy do korony Europy, znajduje się w herbie oraz fladze Słowenii. Nazwa wywodzi się z wierzeń słowiańskich.
Docieramy na miejsce! Razem z Maćkiem zaczynamy od wspinaczki do wodospadu, reszta udaje się nad jezioro.
Wędrujemy, coraz wyżej i wyżej
Jezioro Bohinj usytuowane jest w charakterystycznej polodowcowej dolinie U-kształtnej
Alpejska roślinka – czasem żałuję, że nie znam tych wszystkich nazw botanicznych
Głaz narzutowy
Aż wreszcie jest! Savica Slap, czyli Wodospad Savica daje początek Savicy – najdłuższej rzece Słowenii i napełnia Jezioro Bohinj. Woda spada tu z wysokości 70 metrów.
„(…) Już dwa dni szumu wodospadu słucha,
patrzy, jak w dole woda się kotłuje,
jak gniewnie huczy, jak drży skała krucha,
gdy ją od spodu łbem wiru szturmuje,
jak z dna chlust wściekły pod niebo wybucha
i białą pianę wkoło rozpryskuje! –
Tak się rozpędzi, potem nagle stanie
junak; Czartomir sam z sobą się łamie (…)
Fragment słoweńskiego eposu narodowego autorstwa Francego Prešerena
w przekładzie Mariana Piechala
Idealna przekąska na dalszy ciąg spaceru, wracamy nad jezioro
Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Musimy jeszcze kiedyś wrócić w te strony
Mostkiem przekraczamy turkusową Savicę
Ciężko się oderwać
Nie może być lepiej, prawda?
Przedzieramy się przez chaszcze do dzikiej, mniej znanej plaży
Odpoczynek nad Jeziorem Bohinj
Ekipa już na nas czekała, niektórzy się wykąpali, sami też się skusiliśmy. W tak zimnej wodzie nie pływałam od czasów dzieciństwa, kiedy Bałtyk nie wydawał się jeszcze taki straszny.
Wśród gór Triglavskiego Parku Narodowego – jedynego o tej randze w Słowenii
Cisza i spokój a woda czysta i pełna ryb!
Dawno opuszczony, zarośnięty pensjonat
Po błotku trzeba umyć nóżki w przeraźliwie lodowatym potoku
Żegnamy Bohinj, obieramy kierunek na Bled!
I wreszcie jest! Nawet niebo zaczyna się przecierać;)
Najpierw jednak „Projekt śladami Dziadków” 🙂
Na deser lokalne ciasto grmada (w konsystencji przypominała odrobinę tiramisu, choć smakowała zupełnie inaczej) w Slascicarna Zima. Na wynos wzięliśmy też charakterystyczną słodką gibanicę (inne ciastko), które spałaszowaliśmy następnego dnia w autobusie do Wenecji;)
W międzyczasie nad Bledem całkiem się przejaśniło
I jeszcze misja nr 2 – tym razem „Śladami Mamy”;) Wydaje mi się (po płytkach chodnikowych pod spodem, tylko przy tej takie były), że to ta sama ławeczka tylko teraz, po 46 latach była ustawiona w inny sposób, na obu zdjęciach widać jednak i jezioro (na moim mniej) i zamek
Kolejne polodowcowe jezioro i jednocześnie chyba największa atrakcja Słowenii
Na punkt widokowy zdążyliśmy, kiedy ostatnie promienie słońca padały na wieżę pielgrzymkowego kościółka usytuowanego na malutkiej wsypie Blejski Otok
Różowawy zachód słońca nad Jeziorem Bled
Na sam koniec dnia coś, na co wszyscy żeśmy zasłużyli – syta kolacja w przydrożnej gospodzie w drodze powrotnej do Skofja Loki. Inni zamówili pizzę ale my, chcąc na maksa wykorzystać nasz krótki pobyt w tym zaskakującym kraju, zamówiliśmy gulasz wołowy z pampuchami (goveji golaž) oraz z serowymi roladkami z ricottą (sirovi štruklji) – do tego miejscowe piwko – palce lizać!
Spodobał Ci się ten post? Polub nas na Facebooku i bądź na bieżąco!:) Niebawem ciąg dalszy!

post a comment