Top
  >  Maroko   >  Starcie z Marrakeszem
Marrakesz od pierwszych chwil nie przypadł nam do gustu. A może inaczej, to jego mieszkańcy nas rozczarowali. W przeciągu niecałej godziny, zrazili nas do siebie i wywołali chęć natychmiastowego odwrotu. Pogmatwane to miasto. Przez cały nasz pobyt na okrągło wzbudzało we mnie sprzeczne uczucia. Niby od dawna chciałam je odwiedzić i na własne oczy zobaczyć słynny Plac Jemaa el-Fnaa jednak, kiedy w końcu nadarzyła się sposobność, coś nie zagrało… 
Tłumy turystów, mieszkańcy maksymalnie nastawieni na kasę, wszechobecni naciągacze (tutaj to dopiero trzeba się było mieć na baczności), namolni i niezbyt przyjemni sprzedawcy (naszym zdaniem wszelkie zakupy pamiątkowe lepiej zrobić poza Marrakeszem – ciężko się targowało, w porównaniu np. do Meknes), umęczone zwierzęta (w tym te pełzające, których nie znoszę) stanowiące żywą „atrakcję”, nieuważni kierowcy skuterów pędzący na oślep wśród pieszych… 
 

Z drugiej strony rdzawo-pomarańczowa medyna z pięknymi zabytkami (medresa Ben Youssefa, oraz meczet Kutubijja z minaretem, który stanowił model dla budowniczych sewilskiej Giraldy), sąsiedztwo Gór Atlas i dużo bardziej niż na północy, wyczuwalna egzotyka..

Zauważyłam, że pora przyjazdu do nowego miejsca, przynajmniej w naszym przypadku, ma znaczący wpływ na jego odbiór. Nocą wszystko wydaje się obce i mniej przyjazne. Macie podobne odczucia? Do bram medyny dotarliśmy po 22 i szukając właściwego Riadu Wardate Rita (gdzie mieliśmy rezerwację), przez 40 minut błądziliśmy w labiryncie uliczek (że też przytrafiło nam się to akurat w Marrakeszu), na próżno. Postanowiliśmy zapytać o drogę, co szybko okazało się nie najlepszym rozwiązaniem. Zaprowadzono nas co prawda do właściwego hostelu i zgodnie ze zwyczajem, wręczyliśmy w zamian napiwek. Ale, jak zwykle w Maroku, był niewystarczający. Wywiązała się kłótnia z naszym pseudo-przewodnikiem, bardzo nieprzyjemna, zważywszy na późną porę i mało nam znaną lokalizację. Ostatecznie chłopak odpuścił, ale nie omieszkał nas wcześniej zwyzywać od najgorszych. To spotęgowało nasze odczucia – jutro się stąd zmywamy…
Nasza trasa: Rabat – Marrakesz (325 km, ok 4 godziny jazdy pociągiem)

Relaksujący poranek – napawamy się ciszą i widokami

Podziwiamy miasto z hotelowego dachu. Niby zjechaliśmy ledwie 300 km na południe, a już dało się mocniej poczuć egzotykę – roślinność, kolory i powietrze wydawały się inne…

Rdzawo – pomarańczowa architektura Marrakeszu

W poczekalni Riadu Wardate Rita

Hostelowe patio z basenem (no, basen to może za dużo powiedziane;))

Bramy naszego riadu – taki zaułek nawet za dnia niełatwo byłoby namierzyć

Minaret meczetu Kutubijja (faktycznie przypomina Giraldę z Sewilli;))

Oddalamy się od meczetu i docieramy do serca Marrakeszu

Charakterystyczni Nosiwodowie na Placu Jemaa el-Fnaa – dziś to raczej „żywa atrakcja turystyczna” – dawniej faktycznie sprzedawali wodę pitną. Trzeba na nich uważać, wystarczy, że zauważą, iż znaleźli się w obiektywie i już biegną z krzykiem po kasę – tak, nawet za jedno zdjęcie.

Niestety plac wraz z jego umęczonymi kobrami (na które starałam się nie patrzeć) przytłoczył nas swoją komercją, hałasem i tłumem ludzi. Wbijamy się w labirynt wąskich uliczek .

Samemu Marrakeszowi, od strony architektonicznej, nie mam nic do zarzucenia. Piękna medyna, w innej niż dotychczas kolorystyce, wiele urokliwych zaułków i sklepików.

Schodzimy z obleganych tras

Eksplorujemy boczne uliczki

Zmierzamy przed siebie, jak zawsze bez planu

Docieramy na jeden z licznych souków (bazarów).

Pamiątki znów zwalają mnie z nóg. Chciałoby się kupić wszystko…

Każdy osobny detal przyciąga mój wzrok, czuję się rozproszona;)

Na szczęście są w Marrakeszu i takie spokojne zakątki. Przypadkowo natrafiamy na sklepik ze starociami, w którym spotykamy mówiącego po polsku muezina (tego, co 5 razy na dobę nawołuje z minaretu wiernych do modlitwy). Okazuje się, że miał żonę Polkę, kilka lat mieszkał w naszym kraju i tutaj szok – zna Szczecin i Świnoujście! Nie mogliśmy się oprzeć, kupiliśmy u niego metalowy imbryk do herbaty oraz zardzewiałą latarenkę;) – twierdził się, że pieniążki te pójdą na biednych i potrzebujących, ale ile było prawdy w jego słowach, nigdy się nie dowiemy… Chociaż wolę myśleć, że nie ściemniał;)

Odwiedzamy imponującą Medresę Ben Youssefa z XVI wieku – największą szkołę koraniczną w mieście, a zarazem w całym Maghrebie (czyli północno-zachodnim regionie Afryki)

Przepiękne zdobienia medresy – klimaty podobne jak w Alhambrze🙂

Podziwiając dziedziniec szkoły koranicznej

Jestem oficjalnie zakochana w arabskiej architekturze!

Sklepik z dywanami

Po kilkugodzinny spacerze kierujemy się w stronę riadu, by dogadać szczegóły z właścicielem naszego hostelu. Postanawiamy zabukować ten sam pokój na za tydzień – na ostatni nocleg w Marrakeszu przed powrotem do Europy i z niemałą ulgą opuszczamy miasto. W Marrakeszu szybko można dostać zawrotów głowy – zarówno w tym negatywnym jak i pozytywnym sensie;) Na szczęście będzie jeszcze okazja, by spędzić wieczór na Jemaa el-Fnaa..

 Ruch uliczny w medynie

Zgiełk i chaos – wróciliśmy na szlak – lecimy po plecaki i kierujemy się na autobus

W pobliżu głównej bramy zaopatrujemy się w prowiant na podróż

Wychodzimy poza mury medyny, gdzie rzucają się nas nagabywacze i taksówkarze. Nie chce nam się z nimi kłócić. Spokojnym krokiem idziemy na dworzec piechotą, to tylko 20 minut.

Okazuje się, że nasz autobus odjeżdża dopiero za 2 godziny, czyli do celu dotrzemy późnym wieczorem. Trudno, wobec tego zasiadamy do obiadu w jednej z lokalnych knajpek. Tutaj chociaż ceny dużo niższe, niż w obrębie medyny. Jedzonko smaczne! Ok, Marrakesz choć raz w życiu odwiedzić warto! Jednak naszym zdaniem, istnieją ciekawsze marokańskie miasta – równie pociągające a jednocześnie spokojniejsze. Takie, w których człowiek ma ochotę zatrzymać się na dłużej, wczuć się w ich klimat. Marrakesz jest intrygujący, lecz szybko może zmęczyć – jeśli nie chcecie się zrazić, może lepiej opuścić mury jego medyny, nim będzie za późno;) Przynajmniej w nas pozostawił takie odczucia…

 

Spodobał Ci się ten post? Polub nas na Facebooku i bądź na bieżąco!:) Niebawem ciąg dalszy!

Comments:

  • 7 kwietnia 2017

    Piękne zdjęcia �� ja jednak wolę nieco spokojniejsze miejsca, gdzie nie ma tyle turytow np. polskie szlaki górskie �� pozdrawiam Cię serdecznie ��

    reply...
  • 7 kwietnia 2017

    Ja też jestem zakochana w arabskiej stylistyce-zarówno architektura,koloryt,cały klimat arabskich zaułków z ich tajemniczością,zapachem przypraw,odgłosami muezina z minaretu…(mniej ludzie i ich nastawienie do Europejczyków). Zdjęcia cudownie oddają atmosferę Marakkeszu,aż chce się tam pobyć choć przez chwilę.Zdjęcie Marokanki w fioletowej dżelabie na tle cytryn i sklepik z dywanami-moje ulubione!

    reply...
  • 8 kwietnia 2017

    Dziękuję! My też wolimy spokojniejsze miasta, dlatego szybko się z Marrakeszu wyrwaliśmy;) Niebawem ukaże się post z miasta rybackiego nad Atlantykiem, gdzie zatrzymaliśmy się na relaks… Pozdrawiam i cieszę się, że do mnie zajrzałaś:)

    reply...
  • 8 kwietnia 2017

    Dzięki Mamo:) To w końcu Ty zaraziłaś mnie miłością do arabskich krajów i bardzo mnie to cieszy – wieka szkoda, że Biski Wschód oraz region Afryki Północnej z roku na rok stają się mniej bezpieczne… Buziaki!

    reply...
  • 8 kwietnia 2017

    co za zdjęcia <3 aż chce się tam być 🙂

    reply...
  • 8 kwietnia 2017

    sweetie Pie rozumiem, czasami tak bywa ze miejsce pomimo, iz bega znane bardzo rozczarowuje glownie przez tubylcow ktorzy zatracili sie juz w pogoni za turysta i jego portfelem 😛 ja mialam podobna sytuacje w Kuala Lumpur, swietne miasto na pewno warte odwiedzenia jednak mieszkancy skutecznie mnie do niego zniechecili i na pewno juz wiecej tam nie pojade 🙂 ale mam nadzieje ze pomimo tych malych nieprzyjemnosci wyjazd wam sie udal a Maroko podobalo 🙂
    zobacz co mnie spotkalo w Kuala Lumpur :/ https://brbadventures.wordpress.com/2017/03/31/kuala-lumpur-malaysia/
    Kasia

    reply...
  • 8 kwietnia 2017

    Dzięki 🙂

    reply...
  • 8 kwietnia 2017

    Na pewno zajrzę, dzięki:) Akurat tak się składa, że KL też nas w sobie nie rozkochało i to nawet nie ludzie stanowili problem, lecz nie poczuliśmy atmosfery malezyjskiej stolicy. Na szczęście nie zraziło nas to do Azji! Wyjazd do Maroka wspominamy pozytywnie, chwilami mieszkańcy dawali nam się we znaki ale za to inne aspekty uratowały naszą opinię oraz dobre wspomnienia z tego barwnego kraju:) Pozdrawiam!

    reply...
  • 9 kwietnia 2017

    Też nie lubię takich miast zatłoczonych turystami oraz miejscowymi, którzy są nastawieni na szybki zarobek. Piękne zdjęcia!!!

    reply...
  • 10 kwietnia 2017

    Dzięki, chyba większość osób tego nie lubi. Na szczęście są jeszcze inne, równie interesujące miejsca w Maroku, które emanują spokojem i wciąż pozostają autentyczne:) Niedługo o jednym z nich napiszę. Pozdrawiam:)

    reply...
  • 11 kwietnia 2017

    I tak bardzo chętnie się wybiorę. Rozumiem rozczarowanie. Kiedyś dwa miesiące siedziałam ba syryjskiej prowincji, i pobyt w Damaszku, z turystami i w komercji był trudny.

    reply...
  • 11 kwietnia 2017

    Ale trafiłaś ja tak choruje na Maroku, przyssałam się do każdego Twojego zdjęcia:) Zaskoczyła mnie Twoja opinia. W jakim terminie byliście?

    reply...
  • 11 kwietnia 2017

    Przepraszam, zapisało mi anonimowo komentarz.

    reply...
  • 11 kwietnia 2017

    Oczywiście, wybrać się chociaż raz trzeba! I żeby nikt mnie źle nie zrozumiał! Całe Maroko było wspaniałe! Po prostu Marrakesz okazał się trudny;) Pozdrawiam

    reply...
  • 11 kwietnia 2017

    Nic nie szkodzi;) Byliśmy w październiku – 10 dni Andaluzja, potem prom z Tarify do Tangeru i 12 dni w Maroku:) Było cudowne, warto odwiedzić szczególnie Fez, Chefchaouen i Ait Ben Haddou – niestety w Maroku na pustynię nie dotarliśmy (następnym razem mam nadzieję), na Saharze miałam okazję być podczas pobytu w Tunezji. Pozdrawiam i cieszę się, że do mnie zajrzałaś: – jeśli masz jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem drogą mailową:)

    reply...
  • 14 kwietnia 2017

    Miejsce wygląda niesamowicie, korci by je odwiedzić. 😉

    reply...

post a comment