Top
  >  Kenia   >  Wspomnienia z Kenii
Kenia. Pierwszy kraj, który odwiedziliśmy na Czarnym Lądzie. Rok 2003 – chwilami mam wrażenie, że czasy zamierzchłe ale jakże beztroskie. Zamiast srajfonów telefony komórkowe typu NOKIA 3210, o aparatach cyfrowych, jeśli w ogóle, mieliśmy raczej mgliste pojęcie. Planowaliśmy rodzinne wakacje w Grecji. Wyszło inaczej.

Mama z Babcią poszły do biura podróży wykupić urlop. Wróciły z wiadomością, która powaliła nas na kolana. Szaleństwo! Afryka, jedziemy na safari! Będą małpy, palmy i ciepły ocean. Jeśli dorośli cieszą się na taki wyjazd, to co dopiero dzieci, które już oczami wyobraźni widzą stąpającego po sawannie Króla Lwa;)

Jak to się stało, że jednak Kenia? Przecież taki wyjazd musiał kosztować fortunę!

Niekoniecznie, jeśli człowiek całkiem przypadkowo wstrzeli się w dobry moment. W 2002 roku w Mombasie miały miejsce dwa zamachy terrorystyczne, po których ceny urlopów drastycznie spadły. Do tego stopnia, że urlop w Kenii (w tamtym okresie) kosztował nas mniej, niż gdybyśmy wybrali Grecję. Los sam za nas wszystkich zdecydował.

Polecieliśmy w wymarzonym, rodzinnym składzie. Mieszkaliśmy w pięknym resorcie nad Oceanem Indyjskim. Hotel obejmował kilka niewysokich pawilonów i bungalowy, między którymi znajdowały się baseny, bary i restauracje, a wszystko to w otoczeniu egzotycznej, nieznanej nam dotąd roślinności. Codziennie przez godzinę padał ciepły tropikalny deszcz – wówczas wskakiwaliśmy z bratem do basenu lub biegaliśmy radośnie po trawie, pod rosnącym nieopodal baobabem. Do posiłków podawano soczyste owoce – całą rodziną rozpływaliśmy się nad słodkimi ananasami. Kolejna atrakcja to małpy, które odwiedzały nas każdego popołudnia – trzeba było zamykać balkonowe drzwi, gdyż skubane kradły wszystko, co popadnie. O kąpielach w cieplutkich nieckach, które pojawiały się podczas odpływów oraz spacerach po rafie i zbieraniu wraz z Mamą skarbów nawet nie wspominam. Wieczorami Dziadek zabierał nas na „obchód” po resorcie i uczył jak odróżniać widniejący na niebie Krzyż Południa. Odbyliśmy też kilka wycieczek fakultatywnych – obowiązkowo na safari do Parku Tsavo, do dzikich zwierzaków w parku Bamburi, do wioski Masajów (oczywiście takiej komercyjnej, nastawionej na turystów, nie inaczej), do Mombasy, do buszu a także w rejs w górę rzeki – do lasów namorzynowych. To w Kenii na plaży po raz pierwszy siedziałam na wielbłądzie… szczęście miałam wypisane na twarzy:)

W mojej głowie wciąż tkwi całe mnóstwo wspomnień z tego pobytu. Kochałam Afrykę, jeszcze zanim ujrzałam ją na własne oczy. Znałam ją z filmów, opowieści i książek („W pustyni i w puszczy” to chyba najpiękniejsza szkolna lektura). Z zamiłowaniem rysowałam kontury afrykańskiego kontynentu (ot tak, dla przyjemności), uczyłam się nazw pustyń i rzek,  a któregoś dnia popełniłam wiersz😉

I dla mnie i dla brata taka podróż, w dodatku w rodzinnym gronie, była niezapomnianym przeżyciem. W drodze powrotnej udało nam się dojrzeć Kilimandżaro z okien samolotu. Wisienka na torcie. Idealne pożegnanie z Afryką… Wrócimy jeszcze, czuję to!

post a comment