Top
  >  Albania   >  Albania z maluchem, czyli jak to ogarnęliśmy?!

Po dłuższej przewie znalazłam czas na ostatni post o Albanii. Tym razem z perspektywy rodzica!

Nie ukrywam, że chciałam najpierw dać inny tytuł temu wpisowi, a dokładniej: „Albania z maluchem – udręka czy ekstaza?” (jednak nawet mój mąż uznał, że to lekka przesada;)). A to dlatego, że podczas naszego urlopu miałam przy sobie biografię Michała Anioła autorstwa Irving Stone – „Udręka i ekstaza” (świetną! szczerze polecam!). Pamiętam, że w kryzysowych chwilach, Maciej żartował, że dziecko na wakacjach to prawdziwa udręka. W związku z tym, powieść ta nabrała dla mnie nowego, symbolicznego wymiaru 😀

 

Ale do rzeczy! Odbyliśmy już 3 samochodowe tripy po Polsce, więc na urlop zagraniczny gotowi czuliśmy się od dawna. W końcu, pomimo wiadomych ogólnoświatowych utrudnień, udało się nam odwiedzić południe Europy.

Pierwsza podróż zagraniczna. Pierwszy pobyt na lotnisku, pierwszy lot samolotem. Pierwsza „poważna” zmiana klimatu, kuchni i flory bakteryjnej’;) Jak sami widzicie, tych pierwszych razów uzbierało się młodemu sporo. Był to oczywiście urlop inny, niż gdy jeździliśmy we dwoje. Zdarzały się momenty marudzenia i frustracji ale na szczęście tych nie było wiele. Dziś, mało kto o nich pamięta. Postaraliśmy się, by każde z nas wróciło z tych wakacji zadowolone. Czy odnieśliśmy sukces i jak nie zwariować z 1,5-rocznym dzieckiem na wakacjach? Czytajcie dalej…;)

Pierwszy pobyt na lotnisku:)

Rytm dnia

Dziecko musi mieć swój rytm. To może być całkiem odmienny rytm niż w domu ale jakiś rytm być musi. Dla dobra ogólnego. Dla zdrowia psychicznego dziecka a przede wszystkim, dla zdrowia psychicznego rodziców(!). Myśmy raz rytm ten odważyli się zaburzyć i mówiąc delikatnie, mieliśmy później przerąbane;)

Z racji temperatur, wstawaliśmy rano i zwiedzaliśmy przed 13-tą a następnie robiliśmy siestę w jakiejś knajpce (wtedy Remik zazwyczaj spał w wózku a my mieliśmy średnio 2 godzinki na lunch lub kawę/piwo w błogiej  ciszy;)). Po południu kontynuowaliśmy odkrywanie Albanii. Zdarzały się i wieczorne spacery, które wspominamy z wielkim sentymentem. Remik chodził później spać niż w domu ale i nieco dłużej spał nam rano (np. do 8 a nie do 7;)). Zwiedzanie przeplataliśmy z odpoczynkiem nad wodą. Całą trasę opracowaliśmy tak, by nie zamęczyć ani siebie ani młodego.

Siesta nad Jeziorem Szkoderskim

 

Posiłki i noclegi

Kolejna sprawa to Remika posiłki. Przez niemal cały pobyt to właśnie żywienie go stanowiło dla nas największe wyzwanie. Pomimo licznych zachęt młody nie chciał jadać w restauracjach, akceptował jedynie zielone ogórki, ziemniaczki i frytki;) W tej sytuacji uratowało nas spanie w mieszkaniach / apartamentach z Bookingu oraz Air B&B, gdyż w każdym mieszkaniu mieliśmy aneks lub kuchnię do własnej dyspozycji. Zaczęliśmy gotować mu proste dania (np. makaron w sosie pomidorowym), które zabieraliśmy na wycieczki w specjalnym termosie (dobrze, że wzięliśmy go z Polski). Sytuację ratowały również schłodzone arbuzy, które pałaszowaliśmy wszyscy na potęgę. Owocowe przekąski mieliśmy zawsze pod ręką.

Jeśli chodzi o mieszkania, uwielbiam i doceniam ten sposób podróżowania. Moim zdaniem dają znacznie większą niezależność niż hotelowy pokój, który w dodatku zwykle bywa niewielką klitką. Już kiedyś o tym wspominałam, dla własnej wygody staramy się wybierać mieszkania o powierzchni minimum 40 m2. Tak, by po całym dniu w terenie, młody miał przestrzeń do zabawy a my komfort wypoczynku. Osobna od salonu sypialnia to dla nas absolutna podstawa i gwarancja spokojnego wieczoru;)

 

* Warto wspomnieć, że w lokalach nie było specjalnych krzesełek dla dzieci, radziliśmy sobie albo na kolanach albo w wózku.

**By ciągle się nie pakować, w każdym z apartamentów staraliśmy się spędzać przynajmniej 2- 3 noce.

Jeść z takim widokiem!

Termos i bidon – nasi wierni przyjaciele;)

Balkon z widokiem

 

Transport i przemieszczanie

Na miejscu wypożyczyliśmy samochód, bez którego cała podróż wydaje mi się dziś niemożliwa… Komfort, niezależność, klimatyzacja;) Nie wyobrażam sobie latać po nieznanym nam mieście i szukać odpowiedniego przystanku lub czekać z młodym w 38-stopniowym upale na autobus, który być może nigdy nie nadjedzie. Transport publiczny na Bałkanach to czysta loteria.

Trasę podzieliliśmy na rozsądnej długości fragmenty, staraliśmy się spędzać w samochodzie jak najmniej czasu. Zdarzyły się 2-3 dni, gdy w drodze byliśmy dłużej ale, na szczęście, Remik jak na swoje 1,5 roku, świetnie dawał radę:) Najczęściej z dłuższymi przejazdami celowaliśmy w jego drzemki.  W trudniejszych momentach ratowały nas książeczki, zabawki, śpiewanie lub przerwy na rozprostowanie kości.

Jeśli chodzi o spacery i zwiedzanie na miejscu, bez wózka z dużymi solidnymi kołami na pewno byłoby trudniej. Cóż za ironia, że w Albanii ani razu nie złapaliśmy gumy, co nierzadko zdarza się nam w okolicy domu;)

Młody jeździł przodem bo tylko takie foteliki oferowała wypożyczalnia;)

Solidny wózek to podstawa!

 

Zwiedzanie i zabawa (dla równowagi!)

Ciężko mówić o jakimś „poważnym zwiedzaniu” przy małym szkrabie. Nie ma mowy o odhaczaniu kolejnych zabytków (zresztą wiecie, że nie znoszę słowa na zet!). Dla mnie kluczowe jest „ogólne chłonięcie rzeczywistości”. Czyli samo już spacerowanie w nowym otoczeniu, przyglądanie się miejscowym, próbowanie nowych potraw oraz duża dawka witaminy D. stanowią kombinację idealną i przy młodym, zupełnie wystarczającą.

Chodziliśmy więc niespiesznie po miasteczkach i wioskach, czasem zajrzeliśmy do kościółka, cerkiewki lub meczetu, muzea raczej odpuszczaliśmy (to już znacznie większa misja). Siadaliśmy w knajpkach, obserwowaliśmy toczące się życie i było nam po prostu błogo. Remik z wielkim zainteresowaniem uczestniczył w tym wszystkim, co do tej pory na wyjazdach robiliśmy we dwoje. Kiedy wypuszczaliśmy go z wózka i pozwalaliśmy biegać po deptaku lub dreptać przy nas na własnych nogach – był jeszcze bardziej zadowolony (do dziś mnie zadziwia, ile ten chłopiec potrafi przejść i nie marudzić przy tym wcale – to chyba po mnie:)). Robiliśmy oczywiście obowiązkowe przerwy w cieniu, na placach zabaw, przy fontannach; podziwialiśmy miejscowe zwierzaki i bardzo często się moczyliśmy…;)

Pierwsza wizyta w meczecie

Kanion Osumi – przygody na miarę Indiany Jones;)

Można się zakochać

Plac zabaw z widokiem na J.Szkoderskie

Kąpiel w rzece Osumi

Albańska wieś i pogoń za kurami;)

 

Woda, źródło… radości!

W sytuacjach kryzysowych przerwa nad wodą ratowała nas za każdym razem:) Jeśli Remik robił się marudny, wystarczyło poidełko w parku miejskim, by szybko odzyskał humor. Pozwalaliśmy mu wówczas szaleć do woli, był zachwycony, że może się cały zamoczyć. Ale oczywiście to plaże i kąpiele w rzekach  (oraz w Jeziorze Szkoderskim) sprawdzały się najlepiej. W końcu, dzieci kochają wodę;)

 

 

Zakupy

Wszelkie akcesoria dla maluchów są dostępne na miesjcu;) Pieluchy, mokre chusteczki, zupki w słoiczkach, chrupki kukurydziane… co dusza zapragnie… Naprawdę nie trzeba zabierać wszystkiego z domu! Albania i w tym temacie nas nie zawiodła.

 

Remik vs Albańczycy

Miejscowi, jak na prawdziwych Południowców przystało, byli dla nas przemili:) Serdeczni, otwarci i pomocni. Co prawda osoby w średnim i podeszłym wieku nie znają angielskiego ale wówczas nadrabiają uśmiechem lub gestami. Młody wzbudzał ich zainteresowanie i również wywoływał uśmiechy na twarzach (a jeszcze wtedy miał takie słodkie złote loki;)). Ze dwa razy został uznany za dziewczynkę, hitem jednak był prezent, który otrzymał od pewnej Albanki w naszym pensjonacie w Sarandzie – to właśnie  lalka Barbie przelałą czarę goryczy i Maciej podjął decyzję o szybkich postrzyżynach. Nasz maluch wrócił do Polski już jako chłopiec;) Za Chiny nie potrafiłam wyjaśnić tej przemiłej pani, że ta urocza dziewczynka to nasz syn;)

Najwięcej „fantów” Remik zdobył w Tiranie: soczek, batoniki i jabłko od kilku nieznajomych;) Ot tak, bo czemu by nie uszczęśliwić dziecka? Szalenie miłe i proste gesty, które totalnie nas zaskakiwały!

Czuliśmy się na miejscu bardzo bezpiecznie, nie zdarzył się żaden incydent, który by zakłócił nasz spokój.

Zaloty w Sarandzie

Podsumowanie:

Może nie był to w pełni relaksujący wyjazd wypełniony błogim spokojem  (i długo jeszcze takich wakacji nie zaznamy, nie oszukujmy się;)) ale bez wątpienia spędziliśmy w Albanii naprawdę magiczny czas… Pełen słońca, atrakcji, przygód i niezapomnianych widoków. Nie zmieniłabym niczego (co jedyne, na bank wyciągniemy kilka lekcji na przyszłość). Dziś, wszelkie trudniejsze momenty już się zatarły i kiedy myślę o wakacjach 2021 przypominają mi się same przyjemne i ekscytujące chwile.

Myślę, że choć Remik nie zapamięta z tego wyjazdu zbyt wiele (a jednak coś pamięta bo czasem o Albanii wspomina i uwielbia oglądać filmik z naszego wyjazdu), bardzo pozytywnie wpłynęło to na jego rozwój.  Tyle bodźców, dźwięków, kolorów, zwierzątek, zapachów… te wszystkie przeżycia, kąpiele, pierwszy lot samolotem, zabawy w piasku, owieczki, kozy, żółwie… jestem przekonana, że to wszystko miało na niego ogromny wpływ. Widzieliśmy zresztą jak szybko łapał nowe słowa, jaki był zadziwiony, zapatrzony, zafascynowany… Jak pokazywał na wszystko i cieszył się z drobiazgów. Obserwować go w tej Albanii, to była dla nas – rodziców, dodatkowa przygoda i nagroda <3

Mimo, że czasem musieliśmy z czegoś na miejscu zrezygnować bo np. drzemka o odpowiedniej godzinie była ważniejsza, nie żałujemy. Nasza podróż była tak udana, że nierzadko myśląc o kolejnych wakacjach, bierzemy pod uwagę powrót do tego wspaniałego kraju. Wciąż mamy do odkrycia całą jego wschodnią część.

eśli się uda, będę przeszczęśliwa, wciąż tęsknię za widokiem tych niezwykłych gór…

post a comment